A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 2 .    

    Wyobraź sobie Vulcan.

    Śmietnisko, krążące w blasku i ciemnościach. Jego centrum to zbiorowisko walców, grzybów, rur i klocków ustawionych ryzykownie przez zidiociałe dziecko.

    Wyobraź sobie sztuczny świat Vulcana, wielomilionowe serce Kompanii. Mechaniczny świat sklepów i fabryk. Rudowce Kompanii nieprzerwanie spływały w kierunku Vulcana, wioząc surowce. Czyszczono, przetwarzano, wykonywano wiele produktów, które następnie frachtowce Kompanii rozwoziły do połowy galaktyki. Dla Imperium, funkcjonującego na zasadach przedsiębiorstwa handlowego, taki gigantyczny trust powiązanych ze sobą przemysłów był czymś najzupełniej normalnym i od początku zaakceptowanym.

    Sześćset lat wcześniej dziad Thoresena został zachęcony przez Wiecznego Imperatora do budowy Vulcana. Owa zachęta obejmowała także specjalne tankowce klasy C zawierające Antymaterię2, źródło energii, które otworzyło człowiekowi drogę w przestrzeń kosmiczną.

    Prace rozpoczęto od cylindra o wymiarach osiem na szesnaście kilometrów, stanowiącego pomieszczenie dla systemów zarządzających i utrzymujących przy życiu nowy świat.

    Holowniki przeciągnęły ten rdzeń przez dystans dwudziestu lat świetlnych i umiejscowiły go w zamarłym, ale bogatym w minerały systemie.

    W pełni wyposażone fabryki, wiele olbrzymich walców, zbudowano w cichych, odległych systemach, a następnie przyłączono do rdzenia. Wraz z nimi zainstalowano miriady systemów podtrzymywania życia, od pomieszczeń do upraw hydroponicznych po sprzęty służące rekreacji.

    Ten zaprojektowany przez komputery świat robił wrażenie: groźny, super wydajny kolos utworzony w celu najbardziej efektywnej eksploatacji robotników i materiałów. Komputery nie stworzyły tego świata dla ludzi.

    W miarę upływu lat często łatwiej było zamykać fabryki, w których zamknięto produkcję, niż je przebudowywać. Inne, nowsze zakłady, baraki i kopuły pomocnicze były wciskane tam, gdzie zaistniała potrzeba. Skoro grawitację kontrolowały generatory McLeana, góra czy dół stanowiły pojęcia umowne. Po upływie dwustu lat Vulcan zaczął przypominać metalową rzeźbę, którą można by nazwać Odpadki Poszukujące Spawacza.

    W końcu na szczycie zamontowano Oko - kwaterę główną Kompanii, przyczepioną do owego najpierwszego rdzenia. Szeroki na szesnaście kilometrów grzyb miał w czasach Stena zaledwie dwieście lat, ponieważ dodano go po centralizacji Kompanii.

    Poniżej Oka znajdował się obszar ładowania cargo, zasadniczo zarezerwowany dla własnych statków Kompanii. Niezależne frachtowca cumowały w przestrzeni zewnętrznej i musiały akceptować dodatkowe koszty związane z transportem ładunku i pasażerów przez promy kosmiczne Kompanii.

    Pod dokiem usytuowano pomieszczenia dla gości. Był to normalny, ogólnodostępny port, z tym, że każdy kredyt wydany przez kupca lub kogoś z jego załogi trafiał prosto na rachunek Kompanii.

    Kopuły dla gości były najdalej na południe wysuniętym miejscem, gdzie mogli docierać zaświatowcy. Kompania w oczywisty sposób nie życzyła sobie, aby ktokolwiek zajmował się - czy nawet spotykał - z jej robotnikami.

    Niejasne plotki o Vulcanie krążyły po całej galaktyce. Nigdy jednak nie zawitała tam Imperialna Komisja Praw Człowieka. Bo Vulcan produkował.

    Olbrzymi moloch przez wieki dostarczał dokładnie tego, czego potrzebowało Imperium. A służba bezpieczeństwa Kompanii dbała o wyciszenie spraw.

    Wieczny Imperator był wdzięczny. Tak wdzięczny, że nobilitował dziada Thoresena. I Kompania nadal pracowała. Każdy moloch będzie się poruszał samą siłą inercji, czy mowa o imperium perskim albo General Motors ze starożytności, czy o rozlazłych Konglomeratach z mniej odległej przeszłości. Przez jakiś czas. Jeśli nawet ktokolwiek w czasach Stena stwierdził, że Kompania nie przodowała w żadnej technice, albo że innowacje i wynalazki są utrącane przez departament kadr, to nikt nie przedstawił tego problemu Baronowi.

    Gdyby nawet znalazł się ktoś dostatecznie odważny albo głupi, aby tego dokonać, okazałoby się to zbędne. Barona Thoresena bowiem od dawna prześladowała myśl, że coś, co stworzył jego dziad, z wolna kruszyło się na jego oczach. Obwiniał o to swego ojca, tchórzliwego pieczeniarza, który pozwolił biurokratom wziąć górę nad inżynierami. Ale nawet, gdyby trzeci Thoresen był mężem opatrznościowym, to i tak prawdopodobnie nie byłby w stanie kontrolować wielogłowej hydry, jaką stworzył jego ojciec.

    Młody Baron rósł na człowieka odważnego i - zafascynowanego krwawą walką swego dziada, dosłownie i w przenośni, ale bez jego wrodzonej uczciwości. Kiedy ojciec Barona zaginął gdzieś w przestrzeni i nikt go więcej nie widział, nie było żadnych wątpliwości, że młody człowiek może stanąć na czele zarządu Kompanii.

    Odtąd miał tylko jeden cel: ożywić to, co rozpoczął jego dziad. Ale nie przez przewrócenie Kompanii do góry nogami i bitewki z konkurencją. Thoresen pragnął zrobić o wiele więcej. Opętała go idea mistrzowskiego ciosu kendo.

    Projekt Bravo.

    I teraz brakowało mu zaledwie kilku lat do zebrania plonu. Baronowi podlegała rada oraz pomniejsi kierownicy, Execowie. Żyjąc i mieszkając jedynie w Oku, trzymani byli przy Kompanii nie tylko przez doskonale sformułowane kontrakty czy wysokie płace, ale i przez najsłodsze ze wszystkich świadczeń: niemal nieograniczoną władzę.

    Execom podlegali Technicy, wysoko kwalifikowani i dobrze traktowani specjaliści. Z nimi podpisywano kontrakty na okres od pięciu do dziesięciu lat.

    Kiedy kontrakt dobiegał końca, każdy Tech mógł powrócić do domu jako bogaty człpwiek, otworzyć własny interes oczywiście Kompania zatrzymywała wyłączne prawa do rozprowadzania wszelkich nowych produktów, które mógłby wytworzyć - albo przejść na emeryturę.

    Dla Execów i Techów Vulcan bardzo przypominał rodzaj przemysłowego nieba.

    Dla Migów to było piekło.

    Znaczący jest fakt, że zwycięzca zorganizowanego przez Kompanię konkursu "Nazwij Naszą Planetę", błyskotliwy robotnik - Niewykwalifikowany eMigrant - użył pieniędzy z nagrody, aby wykupić swój kontrakt i bilet na podróż do miejsca tak oddalonego od Vulcana, jak tylko było to możliwe.

    Fellachowie, chłopi, robole - zawsze będą istnieć wędrujący robotnicy gotowi do wykonywania paskudnej pracy. Ale tak, jak egipskiego fellacha zadziwiłby geniusz techniczny Joada, tak dwudziestowiecznego pracownika przy taśmie montażowej zaszokowałby ktoś taki jak Amos Sten.

    Dla Amosa jeden świat nigdy by nie wystarczył. Robiąc, co konieczne dla pełnego brzucha, kielicha od czasu do czasu i kupna biletu na inną planetę, był człowiekiem, który mógł wszystko nastawić, zmusić do pracy przestarzałą żniwiarkę albo dla fantazji zrzucić cię ze schodów.

    A potem przenieść się gdzie indziej.

    Jego żonę, Freed, pochodzącą ze spokojnego, rolniczego świata, cechowało to samo pragnienie, aby sprawdzić, co może dać następna planeta. Myśleli, że w końcu znajdą świat dla siebie, w sam raz do ustatkowania się. Taki, na którym nie będzie zbyt wielu ludzi, i gdzie kobieta i mężczyzna nie muszą pocić się na cudzy rachunek. Lecz ciągle każde miejsce wydawało im się lepsze niż to, na które właśnie patrzyli.

    A potem był Vulcan.

    W ustach werbownika brzmiało to idealnie.

    Dwadzieścia pięć tysięcy kredytów rocznie dla niego. Plus niezliczone dodatki dla człowieka o jego zdolnościach. Nawet kontrakt na dziesięć tysięcy rocznie dla Freed. I możliwość pracy na najnowszych w galaktyce narzędziach.

    I werbownik nie kłamał.

    Młyn Amosa był najbardziej skomplikowaną maszyną, jaką kiedykolwiek widział. Wkładano do niej trzy płaty trzech różnych metali. Były mielone i elektronicznie łączone. Dopuszczalna tolerancja dla tych wsporników - Amosowi zajęło dziesięć lat, aby dowiedzieć się, co wytwarza - wynosiła jedną milionową milimetra, plus minus jedna tysięczna milionowej.

    I miał stanowisko mistrza maszynowego.

    Ale wykonywał tylko jedną czynność: łapał wylatujące z otworu na odpadki zużyte części maszyny i wybrakowane produkty. Wszystko inne było zautomatyzowane, regulowane przez komputer oddalony o pół świata.

    Pensja także nie była kłamstwem. Ale werbownik nie wspomniał o tym, że jeden komplet ubrania kosztuje sto kredytów, posiłek z soi dziesięć za porcję, a czynsz za trzy pokoje w barakach wynosi tysiąc kredytów miesięcznie.

    Data zakończenia kontraktu oddalała się coraz bardziej, podczas gdy Amos i Freed usiłowali znaleźć jakąś drogę odwrotu. A potem przyszły dzieci. Nie planowane, ale chciane. Kompania zachęcała do posiadania potomstwa. Następna generacja robotników, bez konieczności ponoszenia wydatków na rekrutację i transport.

    Amos i Freed walczyli z procesem warunkowania prowadzonym przez Kompanię. Ale trudno wytłumaczyć, co znaczy otwarte niebo i spacer po nie znanych ścieżkach, komuś, kto wzrasta wśród zakrzywionych, szarych sklepień i ruchomych chodników.

    Freed, po długotrwałej walce z Amosem, przedłużyła swój kontrakt o sześć miesięcy z powodu nabycia kinotapety na całą ścianę, przedstawiającej śnieżny krajobraz na jakiejś odległej planecie.

    Prawie osiem miesięcy przeminęło, zanim śnieg przestał padać na urokliwe skupisko domków, a drzwi, otwarte na powitanie powracającego robotnika, przestały chwiać się na wietrze.

    Tapeta była potrzebna Amosowi i Freed, ale nie Kartowi. Chociaż młody Sten nie miał najmniejszego pojęcia, jak to jest, kiedy żyje się bez murów odległych o wyciągnięcie ręki, był pewien, że jedyny cel jego życia, nieważne za jaką cenę, stanowi wydostanie się z Vulcana.

następny